Włochy 2011, Canazei

Jako, że wstawianie przeróżnych fotorelacji staje się u mnie powoli tradycją, wreszcie udało zmobilizować mi się do stworzenia czegoś z ubiegłych wakacji. A gdzie tym razem? Według pierwotnych planów – St. Moritz, Szwajcaria, ale jako, że plany same z siebie lubią się zmieniać w efekcie – Okolice Canazei, Passo Pordoi – Włoskie Dolomity.

Dla niecierpliwych – zdjęcia są na samym dole 😛

 

Oczywiście, tradycyjnie start z najlepszego i najpiękniejszego ^^ miasta w Polsce – Stalowej Woli. Trasa w zasadzie jak wytyczyła nawigacja, przez Polskę, na granice czeską, Słowacja, Austria, aby w końcu dotrzeć do szwajcarskiego St. Moritz. Jak pokazuje mi Wikipedia i jak mówiły wcześniej przewodniki turystyczne, St. Morits to przede wszystkim kurort i ośrodek sportów zimowych. Jednak oprócz rozrywki dla fanów białego szaleństwa miało tam się znajdować mnóstwo innych atrakcji. Koleje, trzytysięczniki itd itd itd, no, pewnie się znajdowało.

Trasa?

Cała trasa, jak co roku. Przez Polskę jak to przez Polskę – oczywiście pięknie i idealnie, zadupia, wsie, miasta, miasteczka, dziurawe i nieustannie remontowane drogi, zamknięte odcinki, wahadełka, objazdy i inne udogodnienia. Za granicą, w sumie standardowo, autostrada, jazda…jada…jazda…jazda… jazda … no i tak z pewnymi przerwami do samego celu.

Pierwszy przystanek, pomijając te na spanie przy autostradach, to Insbruck. Ogólnie rzecz biorąc nie planowaliśmy przystanku tutaj. W trakcie jazdy wjeżdżając do jakiegoś miasteczka zauważyliśmy tablice Insbruck i stwierdziliśmy, że coś ona nam mówi. W sumie mieliśmy rację, podobno dosyć znane miasto, chyba nawet jakieś zawody się tu odbywają xD Osobiście zwiedziłem pewnie tylko ułamek miast, ale za to udało mi się wleźć pod samą skocznie narciarską, zdjęcia z wzgórza na miasto jako pierwsze w galerii na dole. (zauważyłem tez, że mogę je dodać po prawej, więc jest i tu)

Trasa dalej to już ciągła jazda do samej Szwajcarii. Zajechaliśmy do St. Moritz i rozpoczęły się poszukiwania hotelu. Taa, czytałem w przewodnikach, w internecie, że Szwajcaria to ogólnie dosyć drogi kraj. Ludziom żyje się tu dosyć dobrze, więc i ceny mają dosyć dobre.  Ale to co potem przeżyłem zwaliło mnie z nóg. Pierwszy lepszy hotel, 3 gwiazdki, wchodzę, pytam o pokój, gość jak najbardziej, że tak, podaje cenę – coś ponad 600 franków szwajcarskich. Możecie sobie wyobrazić moja minę, dla niedoinformowanych podam tylko, że frank stoi tylko trochę gorzej jak euro… Kolejny hotel 650, 500 coś, najtaniej udało znaleźć się chyba za 480 franków za dobę. Tak więc po przejażdżce po szwajcari wybyliśmy stamtąd  jeszcze szybciej niż przybiliśmy. Oczywiście wszystkie plany na najbliższe dni jebły z momentem usłyszenia cen w hotelach. Tak, więc? Kierunek taki sam jak 2 lata wcześniej, Alpy Austriackie, okolice Kaprunu. No i znowu ku radości części familii, która ma problemy lokomocyjne – ruszyliśmy z powrotem.

W sumie o Szwajcarii nie jestem w stanie wiele powiedzieć. Jednak coś co szczególnie zwraca uwagę… podczas kilkunastu godzin jazdy przez miasteczka i wsie, na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć ile sztuk ludzi tam zobaczyłem. Nie ma, nigdzie, nie wiem czy padalce w miejscowościach turystycznych po prostu się chowają, czy mają tam taki tryb życia… ale w okresie letnim, wieczorami, w tedy kiedy my Polacy siedzimy i tonami wkrzaniamy golonkę i kiełbaski z grilla, chlejemy wódę hektolitrami na podwórkach naszych domów … tam nikogo nie ma ..  A co jest bardziej dobijające, tam mimo, że nikogo nie ma – wszystko jest zrobione. Nawet cholerna trawa w rowach i na łąkach jest wykoszona lepiej jak w centrum Warszawy…

I z powrotem..

Nucąc jedną z hip hopowych piosenek Mógłbym Wam opowiedzieć… ale to nie ważne. Ważne, że w efekcie zmieniliśmy trasę i pomknęliśmy w kierunku Canazei, Włoskich dolomitów i szczytów Passo Pordoi. I choćbym nie wiem jak starał się to opisać ironicznie i sarkastycznie, teraz nie jestem w stanie nic ciekawego wymyślić. Widoki były zajebiste, szczyty i wszystko dookoła kapitalne. Na wieczór dotarliśmy do Canazei, małego miasteczka u podnóży kilku trzytysięczników. Nie pamiętam ile hoteli obszedłem, nigdzie miejsca nie było … gdy przechodziliśmy obok jednego z 4-gwiazdkowych hoteli, pomyśleliśmy … przecież dla ciekawości jakie ceny mają można wejść. Wchodzę, hotel oczywiście odjebany jak … no ładnie tam było…, pytam o 4 osobowy pokój, no jest, pytam czy wolne na 2-3 dni, no wolne, pytam o cenę …  i w zasadzie to co usłyszałem rozjebało mnie po całej linii. 3 razy pytałem o to samo, czy aby się nie pomyliła, czy aby na pewno, czy to na 100%, cena jaką dostaliśmy – było to w zasadzie półdarmo w porównaniu do cen w Szwajcarii…

Następne dni, to wycieczki po górach, Passo Pordoi, Marmolada, ktoś by powiedział, okej, ale wszystkie góry są przecież do siebie podobne. No tak, jak najbardziej, jednak widok kilometr wysokiej, pionowej ściany jest dosyć ciekawy.  Rzeczą, nad którą mają zdecydowaną przewagę kraje takie jak Austria, Włochy czy Szwajcaria to górskie drogi. W Polsce chcąc przejechać większością górskich dróg trzeba zajebać wojsku czołg lub co najmniej dobrego jeepa. Natomiast drogi w alpach, oczywiście kręte jak skurwysyn, jednak jakością kładą niestety nas polaczków na kolana…

Więcej na tematy gór przy opisach zdjęć, nie lubię pisać 10 razy tego samego.

Trasa

Powrót, standardową trasą jaką doradzili nam pewni motocykliści, potem według nawigacji. Przystanek w Wiedniu i do Stalowej.. Cała trasa, nie licząc jazdy tam i z powrotem w różnych miejscach – to blisko 3 tysiące kilometrów. Poza granicami, to w większości albo autostradami, albo drogami górskimi. Nie raz zjeżdżając z góry nie można było przez godzinę podejść do auta bo tak jechały mu hamulce. Wszystko, w zasadzie w 7 dni.

Jak to szło?

Polska > Czechy > Słowacja > Austria > Niemcy > Szwajcaria > Włochy > Austria > Słowacja > Polska

No i zdjęcia….

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.